Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NON TOXIC. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą NON TOXIC. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 21 kwietnia 2016

MOJA PIELĘGNACJA CERY I SKÓRY W CIĄŻY - pierwszy trymestr


Witajcie!

Dzisiaj mam dla Was bardzo wyczekiwany post z moją pielęgnacją, która stosowałam kilka miesięcy temu podczas pierwszego trymestru ciąży. Dostaję często prywatne wiadomości od Was co polecałabym na ten czas ciąży. Piszecie, że macie problem z używaniem niektórych kosmetyków, które używałyście do tej pory ze względu na zapachy lub to, że powodują podrażnienia skóry.

Moje drogie czytelniczki, nie ma w tym nic dziwnego, ponieważ nasz organizm w naturalny sposób reaguje na sztuczne produkty, które aplikujemy na naszą cerę lub skórę. Ciąża jest najlepszym testerem naszego trybu życia. Organizm w naturalny sposób eliminuje zagrożenia, które mogą czyhać na nas, lub na rozwijające się w nas nowe życie. 

W ciąży najlepiej kierować się zasadą LESS IS MORE. Pamiętajcie, że nie tylko same substancje działające na naszą skórę bezpośrednio, ale także zapachy mogą być szkodliwe w szczególności w pierwszych miesiącach ciąży. Dlatego, jeżeli coś Wam przeszkadza nawet w najmniejszym stopniu, od razu zrezygnujcie z używania tego. Natura sama wie, co jest dla nas najlepsze. 
Tak jak po niektórych potrawach możemy czuć się gorzej, tak samo może być po użyciu kosmetyków. 

Ja całkiem znośnie przeszłam pierwszy trymestr, ale bardzo dokładnie wsłuchiwałam się w swój organizm. Moja skóra stała się bardziej wrażliwa i sucha, chociaż miała również trudniejsze dni z wypryskami, co jest normalne podczas tak ogromnej burzy hormonów. Najlepsze były dla mnie zupełnie naturalne kosmetyki, ponieważ nie mogłam znieść chociaż odrobiny sztucznego zapachu. Perfumy także odstawiłam na kilka tygodni. 
Zastanawiałam się, czy na tym etapie powinnam inwestować w kosmetyki przeznaczone typowo do pielęgnacji kobiet w ciąży i podjęłam decyzję, że nie jest to jeszcze konieczne. 

Ale przejdźmy do konkretów:

PIELĘGNACJA CERY:

Odstawiłam większość serów do twarzy, sprawdziłam czy w produktach, które chcę aplikować nie ma retinoidów i kwasów. Pamiętajcie, że tak drażniące składniki, są zabronione do stosowania w ciąży. Usunęłam też produkty, które miały olejki eteryczne.

Rano:

Przemywałam twarz balsamem myjącym REN. Ma on kremową konsystencję i szybko się rozprowadza. 



Zrezygnowałam w tym czasie z używania szczoteczki Foreo Luna, gdyż nie czułam się najlepiej po jej zastosowaniu, prawdopodobnie przez soniczne wibracje. Dodatkowo moja cera szybko się czerwieniła i nie lubiła dodatkowego tarcia w tym czasie. Wszystko delikatnie  zmywałam ściereczką muślinową. 

Następnie aplikowałam wodę termalną, najczęściej była to woda URIAGE. 



Przez to, że cera była bardziej sucha i wrażliwa niż zwykle, postanowiłam kupić najprostszy żel hialuronowy, bez żadnych dodatków. Aplikowałam go zaraz po wodzie termalnej. Dzięki temu wilgoć pozostawała dłużej w skórze.

Pod oczy stosowałam mój codzienny żel z marki OZ Naturals, na pewno kojarzycie go z ulubieńców roku 2015 - link.


Następnie na całą twarz aplikowałam żel hialuronowy i oleje. Zazwyczaj był to olej z pestek malin, ale czasem dodawałam do niego kroplę oleju jojoba. 




Po tych wszystkich krokach pielęgnacyjnych przechodziłam do makijażu.

Wieczór:

Po powrocie z pracy zmywałam makijaż olejem jojoba. Bardzo dobrze domywał wszystkie zakamarki i radził sobie świetnie z tuszem. Używałam do tego ściereczki muślinowej. 


Następnie do dokładnego oczyszczenia twarzy używałam mydła Aleppo. O dziwo, mimo  nieciekawego zapachu, nie miałam z nim problemów i mogłam je stosować. 


Tak oczyszczoną twarz spryskiwałam wodą termalną, a następnie aplikowałam żel hialuronowy.

Pod oczy ponownie wędrował żel z OZ Naturals.

A na całą twarz aplikowałam olej marula wymieszany z olejem jojoba. 

Starałam się, aby cały proces pielęgnacyjny trwał jak najkrócej, gdyż w tym czasie nie miałam siły, ani ochoty spędzać dużo czasu w łazience. 
Również tak jak widzicie, większość produktów była bezzapachowa, lub miała delikatny własny naturalny zapach. 

W sytuacjach wyjątkowych, w momencie większego przetłuszczania cery, stosowałam maseczki z glinek (najlepiej drobno-zmielonych - fioletowa lub biała) wymieszane z żelem hialuronowym i olejami marula i jojoba. Pamiętajcie, aby nie doprowadzać do wyschnięcia maseczki, gdyż może to bardzo podrażnić cerę, w tym celu opryskujcie twarz wodą termalną lub hydrolatem.
Miejscowo na wypryski stosowałam pastę wykonaną z zielonej glinki i wody termalnej. 


Nie byłam w stanie używać mojej ulubionej maseczki Aura Antipodes, ze względu na jej waniliowy zapach, który w czasie pierwszego trymestru, był dla mnie zbyt intensywny.

PIELĘGNACJA CIAŁA:

Tak jak już wcześniej pisałam, ograniczałam przebywanie w łazience do minimum, więc całkowicie zrezygnowałam z kąpieli w wannie na czas pierwszego trymestru. Korzystałam jedynie z szybkich pryszniców. 

Kompletnie nie pasowały mi produkty o intensywnym zapachu, a tym bardziej dodatkowo perfumowanie. 
Poszukałam więc kosmetyków z linii dla dzieci, które zazwyczaj (chociaż nie zawsze) nie są dodatkowo perfumowane. Zainteresowałam się linią naturalnych kosmetyków Weleda. 
Zakupiłam kremowe mleczko do kąpieli, balsam i oliwkę. 
Mleczko do kąpieli stosuję praktycznie cały czas jako produkt pod prysznic. Nie wysusza mojej skóry i mimo specyficznego naturalnego zapachu, nie przeszkadzał mi on podczas pierwszego trymestru. 


Mleczko pielęgnacyjne nie jest najgorsze, jednak było trochę za słabe do mojej skóry, dodatkowo nie lubiłam aplikacji (zajmowała za dużo czasu). Oliwka okazała się hitem!
Jestem ogromną fanką naturalnych oliwek, które aplikuję na wilgotną skórę zaraz po prysznicu.
Bardzo dobrze nawilża moją skórę i w pierwszym trymestrze nie czułam potrzeby, aby aplikować coś dodatkowo w strategiczne miejsca na brzuchu, udach i piersiach.


Produkty marki Weleda dostaniecie stacjonarnie w UK w Waitrose, Whole foods i w niektórych Boots'ach (widziałam w Westfield Stratford City). 
Online są dostępne miedzy innymi w sklepie www.naturisimo.com (darmowa przesyłka na cały świat)

Tańsza alternatywa oliwki do ciała, dostępna w Polsce, to Hipp, którą dostaniecie w Rossmann'ie. 
Do pielęgnacji ciała sprawdzą się także naturalne oleje - np. migdałowy, kokosowy (ma bardzo intensywny zapach i może być przez to problem w pierwszym trymestrze), lniany, jojoba itp. 
Do mycia możecie bez problemów stosować naturalne mydła, które mają delikatne zapachy.
Pamiętajcie, że niektóre olejki eteryczne nie są wskazane w ciąży, dlatego najlepiej uważnie stosować produkty perfumowane, nawet naturalnymi olejkami (przynajmniej w pierwszym trymestrze).

Do pielęgnacji włosów używałam trzech produktów: dwóch szamponów:
- Sylveco - Balsam myjący z betuliną - delikatny nawilżający o bezpiecznym składzie, ale nie nadawał się, gdy miałam czas większej burzy hormonów i włosy troszkę bardziej się przetłuszczały. Bardziej sprawdzi się, gdy macie suchą skórę głowy.



- Dr Organic - Tea tree shampoo - mój ulubieniec od lat - włosy były idealnie nawilżone.
oraz odżywki:



- Dr Organic - Moroccan Argan Oil Conditioner - również mój ulubieniec od lat idealnie nawilża włosy.


Pielęgnacja jamy ustnej.
Zrezygnowałam z klasycznej pasty do zębów ze względu na obecność fluoru.
postanowiłam przetestować dwie pasty.



Niestety solna past Weleda miała okropny smak i zdecydowanie nie polecam Wam jej, w szczególności w pierwszych miesiącach ciąży. Natomiast pasta z Green People jest rewelacyjna! Bardzo dobrze domywa zęby 
i ma przyjemny smak. Jedyne zastrzeżenie jakie do niej mam, to że nie jest za bardzo wydajna.  

Jestem bardzo ciekawa jak wygląda/wyglądała Wasza pielęgnacja podczas pierwszego trymestru ciąży. Mam nadzieję, że zainspirowałam Was w jakiś sposób do stosowania naturalnych/delikatnych kosmetyków w tym czasie :)

Pozdrawiam serdecznie i ślę buziaki Waszym rosnącym brzuszkom!

Little Green-eyed w dwupaku ;)



PS Niestety nie jestem w stanie umieszczać wszystkich moich autorskich zdjęć ze względu na brak czasu (nadal jestem aktywna zawodowo) oraz rosnący w tempie ekspresowym brzuszek, który już skutecznie ogranicza robienie zdjęć na bloga. Ale mam nadzieję, że rozumiecie to i odwiedzacie mojego bloga głównie ze względu na treści, które publikuję ;)

piątek, 11 grudnia 2015

Recenzja naturalnej pomadki - VAPOUR ORGANIC - SIREN LIPSTICK - 401Tempt


Witajcie! 

Tak jak pisałam ostatnio na Instagramie i Facebooku, w najbliższej przyszłości postanowiłam przygotować dla Was krótsze posty, w których poświęcę więcej uwagi pojedynczym kosmetykom. 

Dzisiaj pod lupę pójdzie moja nowa szminka marki Vapour Organic. 

Opis marki:

Vapour jest marką amerykańską, która oferuje kosmetyki naturalne, bez parabenów, olejów mineralnych, silikonów, syntetycznych barwników i sztucznych zapachów.



Gdy usłyszałam o tej marce, to od razu postanowiłam wypróbować ich produkty. Oprócz pomadki, o której dzisiaj napiszę, mam jeszcze próbki kilku produktów i o nich wspomnę przy okazji "projektów denko".




Pomadki występują w wielu pięknych kolorach. Ja zdecydowałam się na 401 Tempt, który jest odcieniem średnim fiołkoworóżowym (mauve). Bardzo lubię takie kolory, gdyż idealnie dopasowują się do moich ust, które naturalnie mają odcień zgaszony różowofioletowy. 


Skład produktu:

Organic Ricinus Communis (Castor) Seed Oil, Organic Cera Alba (Beeswax), Castor Beeswax Succinate*, Mica, Organic Simmondsia Chinensis (Jojoba) Seed Oil, Organic Prunus Domesticus (Plum) & Prunus Armeniaca (Apricot) Fruit Flavour Oil, Organic Punica Granatum (Pomegranate) Seed Oil, Solanum Lycopersicum (Tomato) Fruit/Leaf/Stem Extract, Organic Camelina Sativa Oil, Tocopherol (Natural Vitamin E), Rosa Damascena (Rose) Buds, Organic Melissa Officinalis (Lemon Balm) Leaf Extract, Wildcrafted Commiphora Myrrha (Myrrh) Gum, Stevia Rebaudiana (Stevia) Leaf Extract [+/-: Titanium Dioxide (CI 77891), Iron Oxides (CI 77491, 77492, 77499), Carmine (CI 75470), Manganese Violet (CI 77742)]. 

Kosmetyk posiada certyfikat Eco Cert (70% składników pochodzenia organicznego) oraz 30% składu, to naturalne pigmenty i witaminy (wzbogacają właściwości pielęgnacyjne produktu i w naturalny sposób je konserwują).

Warto jednak wspomnieć, że w składzie znajduje się karmin - pochodzenia odzwierzęcego (owady) oraz wosk pszczeli, dlatego ten kosmetyk może być nieodpowiedni dla wegetarian i wegan.


Opakowanie:

Pomadka zamknięta jest w pięknym niebieskim opakowaniu. Na pierwszy rzut oka wydaje się metalowe, natomiast, jak obiecuje producent, jest przetwarzalnym plastikiem. 

Kosmetyk opakowano dodatkowo w kartonowe pudełeczko. 

Konsystencja i komfort noszenia:

Pomadka jest dosyć gęsta i nakłada się opornie, ale nie jest to jej wadą. Usta po nałożeniu produktu są ładnie nawilżone/natłuszczone, a kosmetyk nie podkreśla suchych skórek, jeżeli Wam się takie przytrafiają. 

Vapour Siren Lipstick utrzymuje się całkiem długo na ustach, mimo że jest to naturalny kosmetyk. Jego kolor jest widoczny przez około cztery godziny, nawet jeśli pijemy, ale warto podkreślić, że odcień Tempt jest z gamy nude i tego typu produkty zazwyczaj długo wyglądają dobrze na ustach.

Odczucie na skórze jest bardzo przyjemne, czuć że produkt jest nałożony, ponieważ mamy uczucie nawilżenia/natłuszczenia, ale usta nie lepią się. Plusem jest również to, że pomadka nie potrzebuje dodatkowego balsamu, a kolor nie zbiera się w koncikach, ani bruzdach ust. 

Zapach:

Owocowy, przypominający zapach gumy mamba. Przyjemny, nienachalny i nie jest mdły. Kojarzy się z naturalnym zapachem soków.

Gdzie kupić:

Kosmetyki marki Vapour Organic są dostępne na wielu stronach oferujących produkty organiczne. Ja polecam Wam www.naturisimo.com i http://www.beingcontent.com, ponieważ bardzo często proponują ciekawe zniżki (-20%, -15%, -£10)

Cena kosmetyku: £20


Opinia:

Polecam Wam Vapour Siren Lipstick w kolorze 401 Tempt. Jest to jedna z moich ulubionych naturalnych pomadek w różowej wersji nude. Usta są ładnie podkreślone, dobrze nawilżone i kolor utrzymuje się długo. Idealna pomadka na co dzień! 
Dodatkowo wąskie opakowanie jest bardzo poręczne i ładnie prezentuje się w torebce!


A czy Wy próbowaliście już tego kosmetyku? Zachęcam do komentowania pod tym
postem, bardzo chętnie przeczytam Wasze opinie!

Pozdrawiam serdecznie i już niebawem zapraszam do kolejnych wpisów!



------
Post nie jest sponsorowany.

środa, 25 listopada 2015

ZAKUPY - nowości - kosmetyki naturalne (nietoksyczne) - LISTOPAD 2015 #1 - zakupy z USA i kosmetyki do pielęgnacji.

Witajcie!

Dzisiaj mam dla Was ogromny post z zakupami kosmetycznymi z ostatnich trzech miesięcy. Znajdą się tutaj kosmetyki, które kupiłam podczas podróży do Stanów, a także te, których poprzedników wykończyłam w ostatnim czasie. Większość z zakupionych kosmetyków już udało mi się przetestować i dzięki temu mogę Wam zrobić ich wstępną krótką recenzję i podzielić się opinią, czy kupiłabym je ponownie. W trakcie pisania posta, uświadomiłam sobie, że jest tego wszystkiego bardzo dużo i mam Wam sporo do opowiedzenia, dlatego postanowiłam rozdzielić ten wpis na dwa.

1) KOSMETYKI Z USA - Tarte, LVX, Schmidt's

Zacznę od kosmetyków, które zakupiłam w Stanach.


Już zapewne poznajecie markę Schmidt's, której dezodorant kupiłam jakiś czas temu. Wtedy wybrałam zapach bergamotki. Miałam dosyć mieszane uczucia co do niego, ponieważ nie zawsze się sprawdzał (testowany latem), ale przez to, że pierwszy raz od dłuższego czasu nie zmagam się z podrażnieniem skóry, zasługę przypisuje właśnie temu dezodorantowi. Zdecydowałam się na kolejny zakup, ponieważ uważam że jest dobry i dodatkowo pielęgnuje wrażliwą skórę. Kosmetyki marki Schmidt's możecie zamówić na etsy.com , ale niestety przesyłka do Europy jest wysoka i przekracza cenę produktu. Zamawiając ją w Stanach zapłaciłam za przesyłkę obu produktów ok. $2,5, także bardzo się to opłacało.


Tym razem wybrałam wersję bezzapachową. W pierwszej kolejności używam produktu w nowym opakowaniu - w sztyfcie. To rozwiązanie miało być prostsze i mniej brudzące. Niestety mam mieszane uczucie na temat tego sposobu aplikacji. Produkt jest bardzo zbrylowany, przez co, gdy zaaplikujecie go bezpośrednio na skórę, to pozostaną na niej grudki. Dlatego i tak musicie skorzystać ze swojej dłoni, aby go rozsmarować. Nie wiem czy aplikacja ze słoiczka przy pomocy szpatułki, nie jest mimo wszystko bardziej wygodna. Formuła słoiczkowa jest również bardziej gładka. Natomiast jest jedna rzecz, która zaskoczyła mnie na plus! Kosmetyk w tej wersji znacznie bardziej sprawdza mi się pod względem ochrony. Na razie nie jestem w stanie stwierdzić, czy właśnie ta różnica w formule ma znaczenie lub brak zapachowych olejków, czy to że zmieniła się pora roku, ale w końcu dezodorant działa nienagannie.
Nie wiem tylko czy drugi produkt w słoiczku zachowa się tak samo, więc jak na razie polecam Wam wersję bezzapachową w sztyfcie! W końcu dezodorant ma chronić przed brzydkim zapachem, a nie musi aplikować się idealnie, to da się przeżyć!


Kolejnym zakupem były lakiery marki LVX, które mają nietoksyczne składy, ale niestety są ciężko dostępne w Europie. Zdecydowałam się na jasny lakier w odcieniu nude (079 - Nu) i ciemną winną czerwień (063 Crimson).








Zobaczcie jak pięknie się prezentują! :)

Jeżeli macie dostęp do tych lakierów, to serdecznie Wam je polecam, ponieważ utrzymują się zaskakująco dobrze, jak na produkty pozbawione toksycznych składów!
U mnie manicure trzyma się do pięciu dni. 
Jeżeli tylko będę miała okazję, to dokupię inne kolory z tej marki. 


Kolejną marką, którą chciałam wypróbować, przy okazji pobytu w USA, jest TARTE.
Firma deklaruje bezpieczne składy i obecność w nich glinki amazońskiej. 
Produkty nie są w pełni naturalne, ale postanowiłam się im przyjrzeć.



W oko wpadł mi bronzer w przepięknym złotym opakowaniu i jestem nim zachwycona. Ma unikalny jasny odcień, dzięki temu idealnie nadaje się do konkurowania jasnej cery.
Trzyma się cały dzień (producent obiecuje wodoodporność - co mnie trochę wystraszyło) i nie powoduje pogorszenia mojej cery, co miało miejsce w przypadku niektórych produktów drogeryjnych i wysokopółkowych, które używałam do konturowania.


Opakowanie oprócz tego, że jest piękne, jest również poręczne. Serdecznie Wam go polecam.


Kolejnym produktem, który zwrócił moją uwagę, jest kredka do brwi. Zapewne wiecie, że moją ukochaną jest Soap&Glory. Na szczęście udało mi się znaleźć produkt w podobnym opakowaniu marki Tarte. Jeszcze jej nie próbowałam, ale zapowiada się obiecująco! Dam Wam znać, gdy tylko zacznę jej używać! 



2) KOSMETYKI PIELĘGNACYJNE

Teraz przejdźmy do kosmetyków pielęgnacyjnych, które pojawiły się w mojej kosmetyczce.



Zacznę od czegoś co kosmetykami nie jest, ale w poprzednim poście o zakupach obiecałam Wam, że opowiem o wrażeniach z używania naturalnych produktów higienicznych Organyc. Poprzednie opakowanie tamponów bardzo dobrze mi się sprawdziło, dlatego postanowiłam kupić je ponownie, a także inne produkty tej marki. 
Zdecydowanie mogę Wam je polecić, zwłaszcza gdy macie bardzo delikatną skórę. Właściwie, nikt nie powinien w tej strefie używać produktów chemicznych, czyli np. wkładek z dodatkami zapachowymi. Weźcie to pod uwagę, przy kolejnym zakupie!
Udało mi się również znaleźć chusteczki odświeżające o dobrym składzie. Bardzo dużym plusem jest to, że są dobrze nasączone. 
Zdecydowanie mogę Wam polecić tę markę. Ja swój zestaw zakupiłam na stronie naturisimo.com 
Jeżeli wiecie, gdzie można dostać te produkty stacjonarnie, lub znacie jakieś ich zamienniki, to napiszcie proszę w komentarzu pod postem!


Przy okazji ostatnich zakupów w TK Maxx trafiłam na dwa żele/mydła pod prysznic. 
Jeden bardzo drogiej marki Cowshed - zawsze chciałam go wypróbować, a tym razem udało mi się go upolować za pół ceny. Drugi to mydło w płynie marki dr Bronner's.
Na razie wypróbowałam jedynie Cowshed i powiem szczerze, że mam mieszane uczucia. Na pewno jest bardzo wydajny, ale ma mocny zapach. Trochę mnie to rozczarowało, zwłaszcza, że marka uchodzi za bardziej naturalną. Osobiście nie widzę w nim nic nadzwyczajnego i myślę, że nie skuszę się na niego ponownie. Oczywiście zakupiony produkt zużyję, ale nie wydaje mi się, aby był wart swojej pełnej ceny.



Kolejne dwa produkty bardzo mnie zachwyciły, a dodatkowo uradował mnie fakt, że są łatwo dostępne w moim pobliskim sklepie, w którym robię zakupy spożywcze. Markę Weleda dostaniecie na wielu stronach sprzedających kosmetyki naturalne, ale również w Waitroise. 
Oczywiście, jak to na mnie przystało zainteresowałam się kosmetykami dedykowanymi dzieciom. Sprawdziłam składy i bardzo przypadły mi do gustu.
Najpierw zakupiłam balsam, który ma bardzo ziołowy zapach. Na samym początku myślałam, że będzie tak lekki jak balsam z Baby Dream, ale jest bardziej ciężki i pozostawia lekko oleistą warstwę, która po kilku minutach się wchłania.
Drugim produktem jest oliwka, która ma krótki skład i opiera się w większości na oleju sezamowym. Jest cudowna i praktycznie nie ma zapachu. Jest poważną konkurencją dla produktów, które zazwyczaj kupuję w Rossmann. Ceny są wyższe, ale te produkty są dla mnie dużo łatwiej dostępne w UK. 
Jeżeli miałabym teraz wybrać jeden spośród tych, to serdecznie polecam oliwkę! Ma świetną konsystencję i idealnie nawilża/natłuszcza ciało, dodatkowym plusem jest błyskawiczna aplikacja na mokrą skórę pod prysznicem!



Czytałam ostatnio dużo na temat szkodliwego działania fluoru na organizm oraz o niebezpiecznych składnikach w pastach do zębów. Pomyślałam wiec, że to dobry moment, aby wypróbować coś naturalnego. W moje ręce wpadły pasty marki Weleda (solna) oraz Green People.
Na razie testuję tę pierwszą. Smak... och ciężko było mi się przestawić na słoną pastę, po ciągłym stosowaniu kosmetyków dosładzanych, ale po kilku dniach udało mi się opanować odruch wymiotny. Teraz smak i zapach kompletnie nie ma dla mnie znaczenia. Mam bardzo słabe jasne szkliwo i dodatkowo wrażliwe dziąsła. Moje zęby reagowały na ciepłe oraz zimne pokarmy i napoje. Wierzcie mi, było to bardzo uciążliwe. Po ok. trzech tygodniach stosowania pasty Weleda stwierdzam, że zęby są białe i bardzo błyszczące. Oddech jest tak samo świeży, jak w przypadku past chemicznych. Posmak po umyciu zębu szybko mija, a moje dziąsła kompletnie nie są wrażliwe na ciepło i zimno. Efekt jak po chemicznej paście Blanx! Czyli może będzie dobrze? Nie chcę wydawać jeszcze ostatecznej opinii, ponieważ mogłabym to zrobić dopiero za jakiś czas po konsultacji dentystycznej, także dam Wam znać co na to powie mój dentysta.
Jestem również bardzo ciekawa miętowej wersji pasty Green People. Zobaczymy czy naturalne pasty zagoszczą u mnie na stałe ;)



Kolejne dwa "kosmetyki", powinnam raczej powiedzieć półprodukty kosmetyczne, przyleciały do mnie z Polski. Na stronie Biochemia Urody zamówiłam tym razem jedynie potrójny żel hialuronowy 1,5% oraz olej z pestek malin.

Żel hialuronowy stosuję jako serum intensywnie nawilżające pod oleje - rano i wieczorem.
Jest bardzo dobry i szybko pomógł mi się pozbyć wrażliwości skóry i suchych skórek, po rozpoczęciu sezonu grzewczego. Pamiętajcie tylko, aby zastosować po nim jakiś olej lub krem, ponieważ w przeciwnym razie zadziała odwrotnie i Wasza skóra może się odwodnić.

Olej z pestek malin jest moim olejem "dziennym". Stosuję go ostatnio zamiast kremu na dzień - pod makijaż. Idealnie trzyma się na nim podkład Kjaer Weis, ale również podkład mineralny Lili Lolo.
Ten olej ma właściwości silikonu, skóra po jego zastosowaniu w połączeniu z naturalnym podkładem wygląda jak po Photoshopie! Pory są wygładzone, a cera wydaje się idealnie gładka.
Dodatkowo olej z pestek malin ma właściwości regulujące, więc pomoże zarówno skórze suchej jak i tłustej! Cudowny kosmetyk i moje odkrycie ostatnich tygodni.
Jeszcze jedna właściwość tego oleju przyciągnęła moją uwagę, a mianowicie jest on dobrym naturalnym filtrem przeciwsłonecznym! Znalazłam informacje, że olej ten ma filtr wysokości ok. SPF 30-50. Jestem nim zachwycona, a niewysoka cena zachęca do wypróbowania. Serdecznie Wam go polecam!



Skończył się mój kosmetyk do demakijażu z Clinique i tym razem postanowiłam zainteresować się czymś bardziej naturalnym. Wiele osób do demakijażu stosuje naturalne oleje. Postanowiłam wypróbować taki, który będzie miał lekką konsystencję i kupiłam olej jojoba. Ze względu na to, że potrzebowałam go od zaraz, więc na zakupy wybrałam się do Holland&Barrett. Konkretnie mój olej był bardzo drogi, dlatego Wam polecam poszukanie jakiegoś na stronach z półproduktami lub ebay, tam za ok. 100ml zapłacicie nie więcej niż £7.
Ja kupiłam olej australijski, dodatkowo ma przepiękne opakowanie (prawdopodobnie ono również przyczyniło się do jego zakupu ;) )
Olej jojoba bardzo dobrze domywa makijaż, zmywam go z twarzy ściereczką muślinową, a okolice oczu, zwilżonym wacikiem. Na samym końcu domywam skórę mydłem Aleppo. 
Bardzo polecam Wam ten sposób demakijażu, w szczególności osobom o wrażliwej cerze.



Ostatnim zakupem kosmetyków pielęgnacyjnych jest zestaw mini-produktów Antipodes.
Uwielbiam maskę Aurora tej marki i tym razem skusiłam się na krem na dzień Vanilla Pod oraz serum olejowe Devine Face Oil - które ma w składzie olej avocado i olej z dzikiej róży, który uwielbiam! Na razie oba produkty czekają w kolejce, aż wykończę obecne kosmetyki, ale na pewno ich recenzja pojawi się na blogu.



Być może te zakupy mogą wydać Wam się spore, ale były one zrobione w przeciągu trzech miesięcy i tak się złożyło, że wiele produktów skończyło się w jednym czasie, więc musiałam poszukać ich zamienników. 
Skorzystałam również z promocji na stronach z naturalnymi kosmetykami i gdy tylko o nich wiem, to od razu wrzucam informację na moim Instagramie (@littlegreeneyed) i Facebooku (link), także zapraszam do odwiedzania tych miejsc.

Mam nadzieję, że podobały Wam się moje zakupy, w kolejnym poście zapraszam do listy zakupów naturalnych kosmetyków do makijażu. 

Jeżeli znacie te, które Wam dzisiaj przedstawiłam, to serdecznie zapraszam do komentowania pod tym postem! Każda Wasza uwaga może być cenna dla mnie jak i dla moich czytelników.

Pozdrawiam Was serdecznie i niebawem zapraszam do kolejnych wpisów!