Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LVX. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą LVX. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 27 marca 2016

HITY ROKU 2015! Ulubieńcy - kosmetyki do makijażu.

Witajcie!

Przyznam szczerze, że nie mogłam doczekać się tego wpisu, ponieważ w 2015-tym roku odkryłam genialne kosmetyki do makijażu. Dodam, że są to produkty w większości naturalne i niezmiernie cieszy mnie fakt, że spełniają w 100% moje obecne preferencje. 
Wiem, że post pojawia się bardzo późno, jak na podsumowanie ubiegłego roku, ale trzymajmy się tego, że lepiej późno niż wcale! :) mam nadzieję, że któreś z tych kosmetyków przypadnie do gustu również Wam :)


1) Paletka Urban Decay Naked 2 


Nie jest to kosmetyk naturalny, natomiast stosowałam go praktycznie codziennie przez pierwsze półrocze 2015-go roku. Cienie mają bajeczne kolory i konsystencję, dodatkowo są bardzo wydajne! 
Teraz, podczas ciąży przerzuciłam się na kosmetyki naturalne, ale myślę, że jeszcze powrócę do tej palety. 


Zdecydowanie mogę Wam polecić ten produkt i wiem, że Was nie zawiedzie. Miałam również Naked 3, ale ją odsprzedałam, ponieważ nie spełniła moich oczekiwań (Co do konsystencji, cienie wydawały się bardziej suche, oraz kolorystyka była zbyt różowa w porównaniu dla mojego odcienia cery) Natomiast obie palety znalazły zastosowanie u mnie jak i u osoby, która odkupiła ode mnie Naked 3.
Jeżeli poszukujecie cieni o pudrowo-"kremowej" konsystencji w złotych odcieniach, to ta paleta powinna znaleźć się w Waszej kosmetyczce.

2) Kredka do brwi - Soap&Glory - Hot Chocolate


Mój absolutny ulubieniec do brwi zeszłego roku! Jest to bardzo wydajna, precyzyjna kredka do rysowania i wypełniania brwi. Odcień pasuje do ciemniejszych odrostów moich naturalnych włosów, więc idealnie dopasowuje się do koloru moich brwi. 


Jest precyzyjna, łatwo się rozciera i trzyma cały dzień. Dodatkowo nie trzeba jej temperować! Nic dodać, nic ująć :) - możliwa do kupienia w UK w Boots

3) Lakiery hybrydowe - Semilac




Ostatnio zrezygnowałam z używania tych kosmetyków ze względu na ciążę i to najbardziej ze względu zapach towarzyszący aplikacji hybryd. Ale zdecydowanie są to produkty, które królowały u mnie w zeszłym roku. Hybrydy są bardzo wygodne w noszeniu i proste w wykonaniu :) Dzięki nim macie spokój z paznokciami na przynajmniej 1,5 tygodnia (u mnie nie sprawdzają się na dłuższy czas, ponieważ moje paznokcie rosną bardzo szybko). 







Jedyny minus jaki widzę, to ich ściąganie! Nie cierpiałam tego robić, no ale czasem trzeba się pomęczyć dla pięknego efektu :) nie chcę Wam polecać konkretnych kolorów, gdyż wszystkie są piękne i to co wybierzecie powinno zależeć od Waszych preferencji, ponieważ kolor zostaje z Wami na dłużej. Na pewno jeszcze wrócę do noszenia hybryd, ale myślę, że za jakiś czas. 

Kosmetyki naturalne:

4) Podklad Kjaer Weis - Silken 


Jeżeli śledzicie mnie na Instagramie, to wiecie, jak bardzo uwielbiam ten kosmetyk. Rewelacyjnie sprawdza się przy cerze mieszanej. Uwielbiałam stosować go latem, gdy skóra bardziej się przetłuszczała i ale również z chęcią stosuję go zimą. Teraz moja skóra jest zdecydowanie bardziej sucha, również z powodu zmian hormonalnych w organizmie podczas ciąży, mimo to, gdy użyję dobrze odżywczego oleju, podkład sprawdza się idealnie. Jedynym minusem jest to, że potrafi mocno podkreślać suche skórki, dlatego skóra musi być dobrze wypielęgnowana (nawilżona lub natłuszczona). 



Kosmetyk przepięknie stapia się z cerą, moim zdaniem po zastosowaniu olejów pod makijaż, wygląda jak "druga skóra". Produkt nie wchodzi w zmarszczki lub załamania, dlatego u mnie rewelacyjnie sprawdza się także jako korektor pod oczami. Wystarczy niewielka ilość do wyrównania kolorytu cery. Jest to bardzo drogi produkt, natomiast wart swojej ceny. 

Jeżeli nie chcecie wydawać tak dużo pieniędzy, na produkt w oryginalnym puzdereczku, zawsze możecie kupić tańszy refill, który włożycie do swojej własnej magnetycznej palety. Produkty marki Kjaer Weis, jak ich opakowania, robią ogromne wrażenie i warto w nie zainwestować, jeżeli macie zamiar stosować je przez dłuższy czas.
To jak bardzo lubię ten produkt, potwierdza tylko fakt, że ostatnio dokupiłam kolejny refill tego podkładu. 

Więcej na jego temat możecie poczytać w poście:


5) Cień do powiek Kjaer Weis - Grace



Również wspominałam o nim w poście:

ZAKUPY - nowości - kosmetyki naturalne (nietoksyczne) - SIERPIEŃ 2015

Jest to cień, który używam do każdego makijażu odkąd pojawił się w mojej toaletce. Stosuję go samego na całą powiekę lub jedynie w załamaniu, ponieważ ma piękny naturalny kolor i podkreśla cień moich oczu. Absolutny ulubieniec! Wiem, że gdy go wykończę kupię ponowny refill. Przy bardziej tłustych powiekach, jeżeli dobrze zmatujecie powiekę, to cień powinien wytrzymać cały dzień. Polecam!

6) Sypki mineralny cień do powiek Well People - Luminous Taupe




To jest moje małe cudeńko! Kupiłam go z polecenia sprzedawcy w stacjonarnym sklepie Content Beauty i początkowo nie byłam przekonana, do jego sypkiej formy. Oczywiście znacznie łatwiej operuje się cieniami prasowanymi, ale nie żałuję, że dałam się na niego namówić. Ma złotawy odcień taupe, który cudnie mieni się na powiece. Przepięknie prezentuje się sam na powiece, lub np. w połączeniu z prasowanymi cieniem Kjaer Weis Grace.
Zdecydowanie mój ulubieniec! 

7) Róż do policzków Lili Lolo Clementine



Ten róż przeleżał u mnie w szufladzie chyba półtora roku, aż w końcu zakochałam się w jego odcieniu. Gdy dowiedziałam się, że jestem w ciąży, postanowiłam zrezygnować całkowicie z chemicznych kosmetyków i w szufladce miałam jedynie ten róż mineralny. Postanowiłam go wypróbować. Wtedy miałam lekko opaloną skórę i Clementine cudnie podbijał kolor.



Używałam go niemal codziennie od października. Teraz również często gości na moich policzkach, gdy chcę lekko ocieplić policzki. Piękny odcień, idealna trwałość zarówno na mineralnych podkładach, jak i kremowych. Kompletnie nie widać zużycia, ponieważ ze względu na jego pigmentację, używam niewielkiej ilości.
Mam jeszcze jeden odcień różu tej marki, ale nie skradł tak mojego serca, jak Clementine. Bardzo Wam go polecam!

8) Sypki podkład mineralny Lili Lolo - Warm Peach




Zdecydowany ulubieniec ostatnich dwóch lat. Idealny do cery przetłuszczającej. Używam już drugie opakowanie, chociaż teraz trochę rzadziej, ze względu na to, że moja cera podczas ciąży jest bardziej sucha i dla lepszego komfortu sięgam po bardziej kremowe podkłady.



Produkt w gorsze dni cery sprawdzi się również jako puder wykańczający i dodaje wtedy delikatnego krycia, nie powodując nieprzyjemnej maski, tylko pamiętajcie o tym, aby nie aplikować go w za dużej ilości. Przy mojej przetłuszczającej się cerze utrzymywał się cały dzień i wyglądał estetycznie nawet z bliska. Mój idealny kolor do jasnej cery o ciepłym zabarwieniu to Warm Peach. Dobrym rozwiązaniem jest zamówienie najpierw próbek i dobranie odpowiedniego odcienia. Polecam ponownie!

9) Bronzer Tarte




Kosmetyk kupiłam przy okazji pobytu w Stanach i niestety tylko tam jest dostępny, chociaż może uda Wam się go znaleźć na jakichś stronach internetowych.
Najpierw zwróciłam uwagę na jego opakowanie - "skórzane" brązowo-złote. 
Ale gdy zobaczyłam odcień, od razu się w nim zakochałam.


Produkt jest jasny i matowy, dlatego idealnie sprawdza się do jasnych karnacji na co dzień. Można nim delikatnie wymodelować twarz i nie uzyskamy przez to konkurowania ala Kim Kardashian ;) cera wygląda świeżo i jest delikatnie ocieplona. Ten bronzer zdecydowanie wnosi wiele do mojego makijażu, mimo że jest kompletnie niezauważalny. Produkt trzyma się cały dzień.
Jeżeli tylko uda Wam się gdzieś go kupić, albo mieszkacie w Stanach, to zdecydowanie polecam jego zakup. 

10) Tusz do rzęs - ILIA BEAUTY - NIGHTFALL - BLACK MASCARA


Może to zabrzmi dziwnie, ale do tej pory nie zwracałam uwagi na to, że zwykle chemiczne tusze do rzęs mi szkodziły. Lekko swędziały mnie oczy, ale myślałam, że było spowodowane tym, że nakładam coś na oko. Okazuje się, że zmiana tuszu na taki o lepszym składzie, całkowicie wyeliminowało uczucie swędzenia i "wysuszenia" oka. Pierwszym tuszem o bezpiecznym składzie, jaki wypróbowałam był tusz Ilia Beauty Nightfall.


Ma on bardzo ciekawą szczoteczkę, która trochę przypomina mi Roller Lash z Benefit (bardzo go lubiłam ze względu na tą szczoteczkę). Ilia to typ maskary na co dzień, nie jest super trwała, jeżeli złapie was ulewa i woda dostanie się do oczu, to makijaż może popłynąć, ale na co dzień jako delikatny kosmetyk się sprawdza. Moim zdaniem ma bardzo dobrą formułę (kiedyś używałam tuszu z Lili Lolo i był bardzo kiepski ze względu na grudkowatą konsystencję i szczotkę, tak że go nie polecam, użyłam go zaledwie kilka razy i wyrzuciłam), ale największą "pracę" robi silikonowa szczoteczka, z jednej strony posiadająca krótsze, z drugiej dłuższe włosie. Pięknie rozczesywała rzęsy i wyciągała je w zewnętrznych kącikach. 
Tuszu używałam ok. 2 miesiące, po tym czasie niestety zaczął się sypać, mimo to uważam, że był bardzo dobry. 
Polecam wypróbować, może Wam również się sprawdzi, chociaż tusz do rzęs to bardzo indywidualna sprawa i wasze zadowolenie zależy od rodzaju rzęs i budowy oka.

11) Pomadka Lili Lolo - Love Affair i French Flirt (stare opakowania)

Love Affair




Myślałam, aby napisać o jednej z moich ulubionych pomadek Chanel w odcieniu Adrienne, ale pod koniec roku nie używałam chemicznych kosmetyków, dlatego mój wybór padł na kolejny kosmetyk Lili Lolo. Właściwie to mogę powiedzieć, że wiele ich produktów spełnia moje oczekiwania, a dodatkowo są one dostępne w przystępnych cenach. Lili Lolo Love Affair jest bardzo podobna, do pomadki Chanel Adrienne, jest dużo tańsza, a dodatkowo ma znacznie lepszy skład. Wiem, że gdy tylko ją wykończę, to na pewno kupię kolejne opakowanie. 

French Flirt



Drugim odcieniem, który skradł moje serce w tym roku był French Flirt. Nie jestem ogromną fanką czerwieni na moich ustach, ale akurat ta pasuje do mojego typu karnacji. Używam niewielkiej ilości i w ten sposób uzyskuję "efekt przygryzionych ust", który wygląda bardzo delikatnie i naturalnie.
Również polecam!

12) Pomadka Vapour Sirene Tempt



Pisałam o niej w osobnym poście. Zapraszam do zapoznania się z tą recenzją:


Nadal podtrzymuję opinię na jej temat. Kusi mnie, żeby wypróbować inne odcienie z tej kolekcji.


Sirene Tempt ma przepiękny jasny fiołkowy odcień, który odpowiada ciemniejszemu o ton odcieniowi moich ust. Tym samym kolor nadaje się idealnie na co dzień i pasuje praktycznie do każdego makijażu. Jeżeli Wasze usta mają delikatnie fioletowy odcień, to serdecznie polecam Wam ten kosmetyk! 

13) Lakier do paznokci - LVX - Nu



W połowie roku, postanowiłam poszukać jakiś lakierowych bezpieczniejszych alternatyw do zwykłych lakierów i hybryd. W szczególności ma to dla mnie znaczenie podczas ciąży. W internecie natrafiłam na wiele firm z informacjami "3 Free", "4 Free", "5 Free" itp. Wypróbowałam Kure Bazaar i LVX. 
Lakiery LVX kupiłam przy okazji pobytu w Stanach. Niestety nie są one łatwo dostępne w Europie, a wielka szkoda, bo jestem z nich bardzo zadowolona! 
Posiadam dwa kolory Crimson i Nu, ale moje serce skradł przede wszystkim odcień Nu, który jest dla mnie idealnym nude'm. Lakiery trzymają się na moich paznokciach bez szwanku przez 5 dni, co jest ogromnym wyczynem w przypadku takich produktów. 
Szkoda, że nie jestem w stanie wypróbować innych odcieni, ale jeżeli Wy macie do nich dostęp, to serdecznie Wam je polecam!


Wiem, że czekaliście na tego posta bardzo długo i przepraszam za to, ale mam nadzieję, że spodobały Wam się moje ulubione kosmetyki do makijażu roku 2015-go.
Jeśli macie swoje opinie na ich temat, to serdecznie zapraszam do komentowania pod tym postem!

Jeżeli jeszcze nie widzieliście ulubieńców pielęgnacyjnych roku 2015, to serdecznie zapraszam do poprzedniego wpisu:


Pozdrawiam serdecznie!


środa, 25 listopada 2015

ZAKUPY - nowości - kosmetyki naturalne (nietoksyczne) - LISTOPAD 2015 #1 - zakupy z USA i kosmetyki do pielęgnacji.

Witajcie!

Dzisiaj mam dla Was ogromny post z zakupami kosmetycznymi z ostatnich trzech miesięcy. Znajdą się tutaj kosmetyki, które kupiłam podczas podróży do Stanów, a także te, których poprzedników wykończyłam w ostatnim czasie. Większość z zakupionych kosmetyków już udało mi się przetestować i dzięki temu mogę Wam zrobić ich wstępną krótką recenzję i podzielić się opinią, czy kupiłabym je ponownie. W trakcie pisania posta, uświadomiłam sobie, że jest tego wszystkiego bardzo dużo i mam Wam sporo do opowiedzenia, dlatego postanowiłam rozdzielić ten wpis na dwa.

1) KOSMETYKI Z USA - Tarte, LVX, Schmidt's

Zacznę od kosmetyków, które zakupiłam w Stanach.


Już zapewne poznajecie markę Schmidt's, której dezodorant kupiłam jakiś czas temu. Wtedy wybrałam zapach bergamotki. Miałam dosyć mieszane uczucia co do niego, ponieważ nie zawsze się sprawdzał (testowany latem), ale przez to, że pierwszy raz od dłuższego czasu nie zmagam się z podrażnieniem skóry, zasługę przypisuje właśnie temu dezodorantowi. Zdecydowałam się na kolejny zakup, ponieważ uważam że jest dobry i dodatkowo pielęgnuje wrażliwą skórę. Kosmetyki marki Schmidt's możecie zamówić na etsy.com , ale niestety przesyłka do Europy jest wysoka i przekracza cenę produktu. Zamawiając ją w Stanach zapłaciłam za przesyłkę obu produktów ok. $2,5, także bardzo się to opłacało.


Tym razem wybrałam wersję bezzapachową. W pierwszej kolejności używam produktu w nowym opakowaniu - w sztyfcie. To rozwiązanie miało być prostsze i mniej brudzące. Niestety mam mieszane uczucie na temat tego sposobu aplikacji. Produkt jest bardzo zbrylowany, przez co, gdy zaaplikujecie go bezpośrednio na skórę, to pozostaną na niej grudki. Dlatego i tak musicie skorzystać ze swojej dłoni, aby go rozsmarować. Nie wiem czy aplikacja ze słoiczka przy pomocy szpatułki, nie jest mimo wszystko bardziej wygodna. Formuła słoiczkowa jest również bardziej gładka. Natomiast jest jedna rzecz, która zaskoczyła mnie na plus! Kosmetyk w tej wersji znacznie bardziej sprawdza mi się pod względem ochrony. Na razie nie jestem w stanie stwierdzić, czy właśnie ta różnica w formule ma znaczenie lub brak zapachowych olejków, czy to że zmieniła się pora roku, ale w końcu dezodorant działa nienagannie.
Nie wiem tylko czy drugi produkt w słoiczku zachowa się tak samo, więc jak na razie polecam Wam wersję bezzapachową w sztyfcie! W końcu dezodorant ma chronić przed brzydkim zapachem, a nie musi aplikować się idealnie, to da się przeżyć!


Kolejnym zakupem były lakiery marki LVX, które mają nietoksyczne składy, ale niestety są ciężko dostępne w Europie. Zdecydowałam się na jasny lakier w odcieniu nude (079 - Nu) i ciemną winną czerwień (063 Crimson).








Zobaczcie jak pięknie się prezentują! :)

Jeżeli macie dostęp do tych lakierów, to serdecznie Wam je polecam, ponieważ utrzymują się zaskakująco dobrze, jak na produkty pozbawione toksycznych składów!
U mnie manicure trzyma się do pięciu dni. 
Jeżeli tylko będę miała okazję, to dokupię inne kolory z tej marki. 


Kolejną marką, którą chciałam wypróbować, przy okazji pobytu w USA, jest TARTE.
Firma deklaruje bezpieczne składy i obecność w nich glinki amazońskiej. 
Produkty nie są w pełni naturalne, ale postanowiłam się im przyjrzeć.



W oko wpadł mi bronzer w przepięknym złotym opakowaniu i jestem nim zachwycona. Ma unikalny jasny odcień, dzięki temu idealnie nadaje się do konkurowania jasnej cery.
Trzyma się cały dzień (producent obiecuje wodoodporność - co mnie trochę wystraszyło) i nie powoduje pogorszenia mojej cery, co miało miejsce w przypadku niektórych produktów drogeryjnych i wysokopółkowych, które używałam do konturowania.


Opakowanie oprócz tego, że jest piękne, jest również poręczne. Serdecznie Wam go polecam.


Kolejnym produktem, który zwrócił moją uwagę, jest kredka do brwi. Zapewne wiecie, że moją ukochaną jest Soap&Glory. Na szczęście udało mi się znaleźć produkt w podobnym opakowaniu marki Tarte. Jeszcze jej nie próbowałam, ale zapowiada się obiecująco! Dam Wam znać, gdy tylko zacznę jej używać! 



2) KOSMETYKI PIELĘGNACYJNE

Teraz przejdźmy do kosmetyków pielęgnacyjnych, które pojawiły się w mojej kosmetyczce.



Zacznę od czegoś co kosmetykami nie jest, ale w poprzednim poście o zakupach obiecałam Wam, że opowiem o wrażeniach z używania naturalnych produktów higienicznych Organyc. Poprzednie opakowanie tamponów bardzo dobrze mi się sprawdziło, dlatego postanowiłam kupić je ponownie, a także inne produkty tej marki. 
Zdecydowanie mogę Wam je polecić, zwłaszcza gdy macie bardzo delikatną skórę. Właściwie, nikt nie powinien w tej strefie używać produktów chemicznych, czyli np. wkładek z dodatkami zapachowymi. Weźcie to pod uwagę, przy kolejnym zakupie!
Udało mi się również znaleźć chusteczki odświeżające o dobrym składzie. Bardzo dużym plusem jest to, że są dobrze nasączone. 
Zdecydowanie mogę Wam polecić tę markę. Ja swój zestaw zakupiłam na stronie naturisimo.com 
Jeżeli wiecie, gdzie można dostać te produkty stacjonarnie, lub znacie jakieś ich zamienniki, to napiszcie proszę w komentarzu pod postem!


Przy okazji ostatnich zakupów w TK Maxx trafiłam na dwa żele/mydła pod prysznic. 
Jeden bardzo drogiej marki Cowshed - zawsze chciałam go wypróbować, a tym razem udało mi się go upolować za pół ceny. Drugi to mydło w płynie marki dr Bronner's.
Na razie wypróbowałam jedynie Cowshed i powiem szczerze, że mam mieszane uczucia. Na pewno jest bardzo wydajny, ale ma mocny zapach. Trochę mnie to rozczarowało, zwłaszcza, że marka uchodzi za bardziej naturalną. Osobiście nie widzę w nim nic nadzwyczajnego i myślę, że nie skuszę się na niego ponownie. Oczywiście zakupiony produkt zużyję, ale nie wydaje mi się, aby był wart swojej pełnej ceny.



Kolejne dwa produkty bardzo mnie zachwyciły, a dodatkowo uradował mnie fakt, że są łatwo dostępne w moim pobliskim sklepie, w którym robię zakupy spożywcze. Markę Weleda dostaniecie na wielu stronach sprzedających kosmetyki naturalne, ale również w Waitroise. 
Oczywiście, jak to na mnie przystało zainteresowałam się kosmetykami dedykowanymi dzieciom. Sprawdziłam składy i bardzo przypadły mi do gustu.
Najpierw zakupiłam balsam, który ma bardzo ziołowy zapach. Na samym początku myślałam, że będzie tak lekki jak balsam z Baby Dream, ale jest bardziej ciężki i pozostawia lekko oleistą warstwę, która po kilku minutach się wchłania.
Drugim produktem jest oliwka, która ma krótki skład i opiera się w większości na oleju sezamowym. Jest cudowna i praktycznie nie ma zapachu. Jest poważną konkurencją dla produktów, które zazwyczaj kupuję w Rossmann. Ceny są wyższe, ale te produkty są dla mnie dużo łatwiej dostępne w UK. 
Jeżeli miałabym teraz wybrać jeden spośród tych, to serdecznie polecam oliwkę! Ma świetną konsystencję i idealnie nawilża/natłuszcza ciało, dodatkowym plusem jest błyskawiczna aplikacja na mokrą skórę pod prysznicem!



Czytałam ostatnio dużo na temat szkodliwego działania fluoru na organizm oraz o niebezpiecznych składnikach w pastach do zębów. Pomyślałam wiec, że to dobry moment, aby wypróbować coś naturalnego. W moje ręce wpadły pasty marki Weleda (solna) oraz Green People.
Na razie testuję tę pierwszą. Smak... och ciężko było mi się przestawić na słoną pastę, po ciągłym stosowaniu kosmetyków dosładzanych, ale po kilku dniach udało mi się opanować odruch wymiotny. Teraz smak i zapach kompletnie nie ma dla mnie znaczenia. Mam bardzo słabe jasne szkliwo i dodatkowo wrażliwe dziąsła. Moje zęby reagowały na ciepłe oraz zimne pokarmy i napoje. Wierzcie mi, było to bardzo uciążliwe. Po ok. trzech tygodniach stosowania pasty Weleda stwierdzam, że zęby są białe i bardzo błyszczące. Oddech jest tak samo świeży, jak w przypadku past chemicznych. Posmak po umyciu zębu szybko mija, a moje dziąsła kompletnie nie są wrażliwe na ciepło i zimno. Efekt jak po chemicznej paście Blanx! Czyli może będzie dobrze? Nie chcę wydawać jeszcze ostatecznej opinii, ponieważ mogłabym to zrobić dopiero za jakiś czas po konsultacji dentystycznej, także dam Wam znać co na to powie mój dentysta.
Jestem również bardzo ciekawa miętowej wersji pasty Green People. Zobaczymy czy naturalne pasty zagoszczą u mnie na stałe ;)



Kolejne dwa "kosmetyki", powinnam raczej powiedzieć półprodukty kosmetyczne, przyleciały do mnie z Polski. Na stronie Biochemia Urody zamówiłam tym razem jedynie potrójny żel hialuronowy 1,5% oraz olej z pestek malin.

Żel hialuronowy stosuję jako serum intensywnie nawilżające pod oleje - rano i wieczorem.
Jest bardzo dobry i szybko pomógł mi się pozbyć wrażliwości skóry i suchych skórek, po rozpoczęciu sezonu grzewczego. Pamiętajcie tylko, aby zastosować po nim jakiś olej lub krem, ponieważ w przeciwnym razie zadziała odwrotnie i Wasza skóra może się odwodnić.

Olej z pestek malin jest moim olejem "dziennym". Stosuję go ostatnio zamiast kremu na dzień - pod makijaż. Idealnie trzyma się na nim podkład Kjaer Weis, ale również podkład mineralny Lili Lolo.
Ten olej ma właściwości silikonu, skóra po jego zastosowaniu w połączeniu z naturalnym podkładem wygląda jak po Photoshopie! Pory są wygładzone, a cera wydaje się idealnie gładka.
Dodatkowo olej z pestek malin ma właściwości regulujące, więc pomoże zarówno skórze suchej jak i tłustej! Cudowny kosmetyk i moje odkrycie ostatnich tygodni.
Jeszcze jedna właściwość tego oleju przyciągnęła moją uwagę, a mianowicie jest on dobrym naturalnym filtrem przeciwsłonecznym! Znalazłam informacje, że olej ten ma filtr wysokości ok. SPF 30-50. Jestem nim zachwycona, a niewysoka cena zachęca do wypróbowania. Serdecznie Wam go polecam!



Skończył się mój kosmetyk do demakijażu z Clinique i tym razem postanowiłam zainteresować się czymś bardziej naturalnym. Wiele osób do demakijażu stosuje naturalne oleje. Postanowiłam wypróbować taki, który będzie miał lekką konsystencję i kupiłam olej jojoba. Ze względu na to, że potrzebowałam go od zaraz, więc na zakupy wybrałam się do Holland&Barrett. Konkretnie mój olej był bardzo drogi, dlatego Wam polecam poszukanie jakiegoś na stronach z półproduktami lub ebay, tam za ok. 100ml zapłacicie nie więcej niż £7.
Ja kupiłam olej australijski, dodatkowo ma przepiękne opakowanie (prawdopodobnie ono również przyczyniło się do jego zakupu ;) )
Olej jojoba bardzo dobrze domywa makijaż, zmywam go z twarzy ściereczką muślinową, a okolice oczu, zwilżonym wacikiem. Na samym końcu domywam skórę mydłem Aleppo. 
Bardzo polecam Wam ten sposób demakijażu, w szczególności osobom o wrażliwej cerze.



Ostatnim zakupem kosmetyków pielęgnacyjnych jest zestaw mini-produktów Antipodes.
Uwielbiam maskę Aurora tej marki i tym razem skusiłam się na krem na dzień Vanilla Pod oraz serum olejowe Devine Face Oil - które ma w składzie olej avocado i olej z dzikiej róży, który uwielbiam! Na razie oba produkty czekają w kolejce, aż wykończę obecne kosmetyki, ale na pewno ich recenzja pojawi się na blogu.



Być może te zakupy mogą wydać Wam się spore, ale były one zrobione w przeciągu trzech miesięcy i tak się złożyło, że wiele produktów skończyło się w jednym czasie, więc musiałam poszukać ich zamienników. 
Skorzystałam również z promocji na stronach z naturalnymi kosmetykami i gdy tylko o nich wiem, to od razu wrzucam informację na moim Instagramie (@littlegreeneyed) i Facebooku (link), także zapraszam do odwiedzania tych miejsc.

Mam nadzieję, że podobały Wam się moje zakupy, w kolejnym poście zapraszam do listy zakupów naturalnych kosmetyków do makijażu. 

Jeżeli znacie te, które Wam dzisiaj przedstawiłam, to serdecznie zapraszam do komentowania pod tym postem! Każda Wasza uwaga może być cenna dla mnie jak i dla moich czytelników.

Pozdrawiam Was serdecznie i niebawem zapraszam do kolejnych wpisów!